Przedstawiam skrótową wersję deszczowej przygody Basi K. prowadzącej świetnego bloga pod nazwą Moje Grzybowisko, przysłaną na nasz konkurs L’OREAL.
Barbara K.:
Ciekawa jestem, czy kolejną częścią mojej relacji będę w stanie w dalszym ciągu zachęcić Was do wycieczkowania we Wdzydzkim Parku Krajobrazowym… Powiem na wstępie, że pomimo, iż większość dnia minęła mi na rowerowaniu w deszczu i na ustawicznych próbach wodoodporności mojego aparatu fotograficznego, to jednak drugi raz zrobiłabym dokładnie tak samo …. :-)))
Co to może dla kogoś znaczyć “pojechać w góry na motorze”? Jak widać świat pełen jest wariatów, a każdy ma inny sposób na odkrywanie piękna. W każdym razie to nie dla mnie. Ja wolę ciszę, spokój, obserwacje i kontemplacje…
Andrzejki, to tradycyjna polska okazja, aby ją hucznie obchodzić. Hucznie, nie znaczy na sali z orkiestrą i morzem wódki.
Tym razem Andrzejki odbyły się na rowerowo. Najpierw tradycyjna trasa z Gliwic do Łączy, do mekki wszystkich rowerzystów, szukających w ciepłe dni złocistej ochłody. Ostatecznie spotkaliśmy się wszyscy w Tworogu Małym, gdzie chciałoby się rzecz - wsi spokojna, wsi wesoła.
No i dowaliło nam deszczem, śniegiem i wiatrem. Gdy za oknami jesienna plucha, serce aż wyrywa się do wspomnień słonecznych czasów, spędzonych na rowerze (i nie tylko) nad brzegiem Bałtyku.
Czesi potrafią. Nie wiem dlaczego, ale ci nasi południowi sąsiedzi zachowują się inaczej niż my, Polacy. Jakby sport, ruch i turystykę mieli zakodowaną już w genach. A może wypijają ją razem z kolejnymi łykami Radegasta?
Wystarczy przejść na drugą stronę granicy, czy to w Góry Izerskie, czy w Karkonosze, a tam już ożywiony ruch. Dorośli, dziadkowie i dzieci, wszyscy masowo gdzieś idą lub na kole jadą, fajnie ubrani, radośni i bez nerwów.
A widok rodziców ciągnących na rowerze małe dziecko do źródeł Łaby jest jakże częsty i po prostu rozczulający.
Najnowsze komentarze